Google

 

Web

www.aydam.org

Strona główna W górę O mnie Art & FotoGaleria O Serwisie Kontakt Jak moge pomóc? Historia serwisu Przewodnik Mapa Serwisu Sklep On-Line Regulamin Chat Forum


Strona główna
W górę


Goście On-Line


Statystyki

Księga Gości:

Poczytaj
Dopisz

Kontakt ze mną
GG 9164115:
Tlen:
Napisz do mnie:
mail.gif (161 bytes)

Zalecana rozdzielczość
1024x768


Profesjonalny Hosting z PHP, MySQL, SSH Juz za 50 zł/rok, domena gratis!

Autobiografia


Dzieciństwo

Urodziłem się 21 sierpnia 1971 r. w Łodzi. Tam najpierw uczęszczałem do Szkoły Podstawowej Nr 116, a po jej ukończeniu do Zespołu Szkół Mechanicznych Nr 4 im Indiri Ghadni. Pośród wielu wad owej szkoły wymienić muszę tę jedną z nielicznych jej zalet: umożliwiła mi ona bowiem poznanie kultury i religii wschodu, w szczególności Indii z pierwszej niejako reki, albowiem umiarkowanie często nawiedzał naszą szkołę ambasador Indii i opowiadał o swym kraju. Przywozili też liczne filmy dokumentalne. Dzięki temu mogłem poznać prawdziwe oblicze Indii i jej kultury oraz religii. Szczególnie owo oblicze religijne bardzo różni się od pseudoreligii wschodu, jaką prezentuje nam nurt New Age. Ów kontakt z religią wschodu oraz nowy przedmiot zwany religioznawstwem zapoznały mnie z duchowym dziedzictwem ludzkości. Była to jednak znajomość w zasadzie czysto intelektualna. Bóg jednak czuwał nade mną i chronił mnie przed wieloma rzeczami, choć pozostawał w ukryciu, bo nie nadszedł jeszcze właściwy czas.

Pośród rozlicznych moich zainteresowań znalazł się oprócz New Age, okultyzm, spirytyzm, horoskopy i inne zwodnicze oszustwa tego świata. Za łaską jednak Boga będąc wówczas osobą weń przecież niewierzącą, jakoś zdołałem ustrzec się większych niebezpieczeństw, jakie za sobą niosły owe praktyki. Mimo to w jakiś sposób zostałem nimi skażony - a przecież tylko się o nie ocierałem i rozważywszy je i poznawszy ich oszustwo i próżnię - odrzucałem. Jakżesz łatwo jest się ubrudzić brudem tego świata. Nawet mimowolnie, niechcący.



Narodziny

Gdy czytać Biblię z uwagą, można zauważyć, że każdy człowiek jest ukochanym dzieckiem Boga. Kimś bardzo cennym w Jego oczach. Dzieckiem chcianym, kochanym i oczekiwanym. Bóg wybrał dla mnie rodziców. Wybrał i mnie im powierzył, ufając że będą wspaniałymi ludźmi. Czemu mnie wybrał akurat takich? Nie wiem - jest to Jego tajemnicą. Ewangelia mówi nam, że czasem Bóg dopuszcza zło, by wyprowadzić z niego ogromne dobro. Myślę, że tak jest i w moim przypadku. Ewangelia mówi też, że Bóg daje więcej temu, kogo wybrał, kogo ukochał w sposób szczególny. Mnie Bóg dał ogromnie dużo swej Miłości. Dał ją w

Czasami ludzie pytają mnie, czy nie brakuje mi Mamy. Aby czegoś brakowało, musimy to mieć, a potem to stracić. Ja NIGDY nie miałem Mamy. Nigdy jej nie straciłem. Odeszła od nas, gdy miałem 1.5 roku. Mój rok starszy brat Bogdan i rok młodsza siostra Monika zostali zabrani do domu dziecka. Ja zostałem dzięki interwencji dziadków. Teoretycznie Tato był moim ojcem, ale tak naprawdę prawie zawsze go nie było. Wychowywała mnie Babcia, Dziadek zmarł jak miałem 5 lat. Dziadka pamiętam jak przez mgłę. Właściwie to pamiętam miejsca. Lustro, miskę, przybory do golenia, miejsce przy stole, gdzie zasiadał. I pogrzeb. A właściwie procesję pogrzebową. Zdaje się, że z Kościoła, bo filii na cmentarzu jeszcze nie było. Pozostałe wspomnienia to sugestie ze starych fotografii.

Rodzeństwa nie pamiętam. Podobnie jak mamy. Prawdę powiedziawszy, nie jestem nawet pewien, czy kobieta na fotografii do dokumentów jest nią, czy nie. Wiem tylko, że nazywała się Jadwiga Trąbszyńska.

Zachowało się jedno zdjęcie naszej trójki. Trzy małe bobasy leżące na kocu pod orzechem, który rósł przed domem. Siostra została zaadoptowana przez jakąś rodzinę. Miała zdaje się wówczas 3 lata. Przez półtora roku przebywała ze swym bratem w Domu Dziecka, który już nie istnieje. I tak znów rozdzielili nas. Brat trafił następnie do innego Domu Dziecka dla dzieci opóźnionych w rozwoju. Czemu trafił tam? Czy dlatego, że nasi rodzice byli alkoholikami? A może był to efekt braku rodziców we wrażliwym życiu dziecka? Byłem w 7 klasie podstawówki, gdy odnalazł się Brat. Odnalazł go Arek, sąsiad, rok starszy od Bogdana, dwa ode mnie. Miał około 3 lat, gdy widzieli się ostatni raz - Bóg raczy wiedzieć, jakim cudem rozpoznał Bogdana. Przyszedł i powiedział o tym mojej Babci. Pamiętam, że kilkakrotnie odwiedzałem go tam z Babcią. Czasem on odwiedzał nas. Gdy byłem już w liceum, zaadaptowali go jego opiekunowie.

Ja i Bogdan nigdy nie staliśmy się na powrót rodzeństwem. Nikt nam skradzionego rodzeństwa nie zwróci. Nie zdołaliśmy się nawet zaprzyjaźnić. Jesteśmy co najwyżej znajomymi. Po jakimś czasie nasze kontakty urwały się zupełnie.

A siostra? Może kiedyś Bóg pozwoli mi ją odnaleźć. Być może nawet nie wie, ze ma dwójkę braci...

Biblia mówi:

Iz 49, 15: Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.

Bóg, który jest Miłością, kocha zawsze. Nie kocha jak człowiek, który może przestać kochać, albo nigdy kochać nie zacząć. Niepojęte jest to, ze matka może porzucić własne dziecko. A jednak nie mnie jednemu to się przydarzyło. Bóg jednak mówi, że On nigdy nie zapomni, że zawsze będzie kochać. W Księdze Jeremiasza mówi: Ukochałem cię miłością odwieczną (Jr 31,3). Jest to pociecha dla kogoś takiego jak ja, nie znającego własnej matki, rozdzielonego z rodzeństwem, odartego ze szczęśliwego dziecięctwa.


Przedszkole

Nie przepadałem za przedszkolem. Właściwie jedyne wspomnienia, jakie stamtąd ma, to wspomnienia nieprzyjemne. Z przedszkola wywodzi się moja niechęć i strach do dentysty. Dość koszmarne wspomnienie. Pamiętam, że przy próbie wyrwania mi zęba został on złamany czy też skruszony. Pamiętam także, że nie zawsze ktoś mnie odbierał. Czasem tata nawalał i musiałem długo czekać, aż przyszła po mnie Babcia.

Byłem inny niż dzieci. Pochodziłem z biednej rodziny, byłem wiec biednie ubrany. Byłem też samotnikiem. Unikałem dzieci i nie lubiłem ich, a one mnie. Nigdy nie tęskniłem za przedszkolem po jego ukończeniu. Nie lubiłem wstawać wcześnie, by rano znaleźć się w przedszkolu.


Podstawówka

Szkoła podstawowa nr. 116. Ostatnie, górne piętro zajmował dom dziecka. W niedalekiej okolicy, w promieniu nie więcej niż kilometr, znajdują się nadal jeszcze 2 inne domy dziecka. Poza tym jest jeszcze Dom Dziecka dla dzieci opóźnionych w rozwoju oraz Dom Pomocy Społecznej dla dzieci z upośledzeniem ciężkim i bardzo ciężkim. Dodać jeszcze należy Szpital Psychiatryczno-Neurologiczny im. Barlickiego. Ciekawa okolica...

Moja podstawówka znajdowała się bardzo blisko domu. Miało to zasadniczo jedną wadę. Jak coś naskrobałem, musiałem iść po Babcię do domu, aby stawiła się w szkole. Trudno powiedzieć, że miałem w podstawówce przyjaciół. Na pewno miałem bliskiego kumpla Arka. Czasami odwiedzał mnie i wspólnie bawiliśmy się u mnie na podwórku. Czasem ja odwiedzałem jego.

Ten okres jednak mojego życia to głównie samotność. Samotne zabawy. Pusty świat samotnego dziecka. Dzięki mojej Babci pokochałem książki. Czytała mi masę bajek. I wiele mi ich opowiadała. Lubię bajki do dziś. Stare, dobre bajki i baśnie, nie to co dziś wciska się dzieciom - jakiś koszmarny płytki kit. Potem stopniowo nauczyłem się czytać sam i był to wspaniały świat, w który chętnie kryłem się przed samotnością i cierpieniem. Zamiłowanie do książek na szczęście pozostało mi do dziś. Nie zawsze tylko czas pozwala na zagłębienie się w lekturze...

Dużo cierpienia w moim życiu zdarzyło się w okresie mego dzieciństwa. Ileż razy musieliśmy uciekać z Babcią z domu, gdyż tato przychodził pijany, awanturował się, bił babcię i mnie, wybijał szyby w oknach itp. Spaliśmy u sąsiadów, u rodziny, u znajomych. Niejednokrotnie trzeba buło uciekać w środku nocy, zimą. Jak często? Nie potrafię powiedzieć. Nie wiem ile razy w tygodniu to się potrafiło przydarzać. Bywały jednak miesiące, że Tato trzeźwy był raptem kilka dni... Moja Babcia bała się mego Taty, gdy był pijany, jak ognia. Był to bardzo okrutny, wykańczający strach. Ja bardzo szybko stałem się na to całkowicie obojętny. Naprawdę. Przestałem się bać. Nienawidziłem tych ucieczek. Spania w koszmarnych warunkach. Na ciasnych łóżkach, leżankach, krzesłach, czasem w zimnie pod stosem kocy i ubrań. Najgorsze było zrywanie się w nocy, ze snu, ubieranie się i uciekanie w strachu, czajenie się za krzakami, by nas nie znalazł.

Czas zaciera wiele wspomnień. Wiele cierpienia. Wiele zła, jakie człowiek zaznał w życiu. Wytworzyłem w sobie mechanizm obronny. Izolacja od świata. Teraz, gdy mechanizm ten nie jest już potrzebny, jest niczym kula u nogi. Przeszkadza i utrudnia odnalezienie się w świecie. Sprawia, że nie rozumiem go i nie potrafię się czasem w nim odnaleźć. Bez tego mechanizmu nie zdołałbym jednak przetrwać.

Samotność i książki pozwoliły mi niesamowicie rozwinąć wyobraźnię. Jestem człowiekiem z IQ ponad przeciętność, choć nie jakoś wybitnie inteligentnym. Dużo czytałem w Podstawówce. Można powiedzieć, że wyczytałem całą bibliotekę. Wszystko, co w niej było wartościowe. Nie tylko beletrystykę, ale i ksiązki popularnonaukowe i naukowe. Interesowałem się matematyką, chemią, astronomią, fizyką, biologią, geografią. Nie przepadałem za polskim i rosyjskim. Za moich czasów zresztą za rosyjskim nikt nie przepadał. Takie były to czasy. Rosyjskiego nie lubiliśmy ideowo. Czy byłem dobrym uczniem? Raczej nie. Miałem ogromną wiedzę, często ponadpodstawową, ale moje dzieciństwo nie sprzyjało byciu dobrym uczniem. Nie byłem też systematyczny. W siódmej klasie przeżywałem swoisty młodzieńczy bunt. Wiele wagarowałem. Omal nie zawaliłem. Na szczęście udało się przejść do klasy następnej i skończyć w miarę dobrze podstawówkę. Prawdę mówiąc, nie rozumiem po co dzieciakom są korepetycje czy zajęcia dodatkowe. Przecież można się tego samemu nauczyć. Kluczem do mojej wiedzy była ciekawość świata. A ja byłem bardzo ciekaw. Dlatego masę czasu spędzałem na czytaniu. Umiałem czytać bardzo, ale to naprawdę bardzo szybko. Potrafiłem przeczytać w ciągu dnia przeciętnych rozmiarów książkę i znaleźć masę czasu na inne rzeczy.

Jednym ze smutniejszych wspomnień mego dzieciństwa była Pierwsza Komunia Święta. Dla każdego dzieciaka jest to święto i dzień radości. Nie miałem szczęścia do Rodziców Chrzestnych. Nigdy nie byli mi i nie są nazbyt bliscy. Niewiele pamiętam z uroczystości w Kościele. Nie lubiłem garniturku, który tego dnia musiałem ubrać. Pamiętam jednak bardzo dobrze dwie rzeczy: pierwszą było to, że Tato znów się spił i nie był w Kościele. Nie chodził tam zresztą od dawna - nie był człowiekiem religijnym i miał uraz do księży. Wiem, że było mi przykro tego dnia, że jest pijany.

Gdy tak piszę to wszystko, zdaję sobie sprawę, że właściwie nigdy nie było mi wstyd, że mój Tata był pijakiem. Nie przypominam sobie tego jakoś. Nienawidziłem tego, że pije. Ale nie wstydziłem się go. A przecież niejeden raz Babcia ściągała go z pomocą wuja czy sąsiada pijanego leżącego gdzieś na ulicy. Mimo wszystko jednak był moim Tatą. Miał niesamowity talent do zmyślania przezabawnych historyjek. Był bardzo obrotnym człowiekiem, bardzo inteligentnym. Skończył tylko zawodówkę i przez wiele lat był kierowcą. Jego małżeństwo rozpadło się po roku. W jego życiu było bardzo wiele kobiet. Jedne krótko, inne dłużej, niektóre kilka lat. Nigdy jednak nie potrafił zerwać z alkoholem. Był nieszczęśliwym człowiekiem. Bardzo samotnym i bardzo cierpiącym. Był też wrażliwym człowiekiem. A także nerwusem. Kilka razy próbował popełnić samobójstwo, bardziej chyba jednak z chęci przyciągnięcia na siebie uwagi. Jego życie było nieustającym pasmem alkoholowych ciągów, rozstań z kobietami, z których przynajmniej niektóre kochał naprawdę, niepowodzeń i ciągłych zmian pracy. Gdy składał papiery na rentę inwalidzką, miał ponad 50 zakładów pracy w swoich papierach. Był postacią tragiczną.

Drugą rzeczą, którą pamiętam z Pierwszej Komunii był rower. Dostałem, od chrzestnego chyba, Pelikana. Dla mnie był to prawdziwy rower. Był moim drugim rowerem. Wcześniej miałem rowerek dziecięcy. To tata nauczył mnie na nim jeździć. Babcia nigdy nie jeździła na rowerze. Pochodziła z chłopskiej wielodzietnej rodziny. Miała 2 siostry i brata. Zdaje się, ze była z nich najmłodsza. Zmarłą zaś jako ostatnia w 1998 roku. Miała 82 lata. Urodziła się w 1906 roku. Także miała ciężkie dzieciństwo. Reumatyzm, który jej bardzo dolegał na starość, był chorobą jej dzieciństwa. Skończyła tylko kilka klas podstawówki. Nie była jednak ciemniaczką czy prostaczką. Miała trzech mężów. Pierwsze dwa małżeństwa nie były udane i nigdy ich dobrze nie wspominała. Obaj pierwsi mężowie byli pijakami i zmarli bardzo szybko po zawarciu małżeństwa. Z drugim z nich, Adamem, miała jedyne dziecko - mojego Tatę. Urodził się tuż przed wojną w 1936 r. Przed wojną Babcia wybudowała budynki gospodarcze, które tak naprawdę stały się naszym mieszkaniem. Właściwy dom nigdy nie powstał. Wojna i komunizm uczyniły ją biedną. Chyba po wojnie wyszła za mąż po raz trzeci za Stanisława Bednarka. Bardzo go kochała i była z nim szczęśliwa. Dziadek jednak zmarł na zawał serca, gdy miałem 5 lat. Migawkowo pamiętam pogrzeb. Karawan ciągnięty przez konie. Nie jestem pewien czy pamiętam dziadka czy tylko pamiętam jego twarz dzięki zdjęciom. Te wspomnienia się przenikają. Pamiętam jednak lustro i przybory, którymi się golił w kuchni przy stole, miejsce na którym wtedy siedział. Miskę, z której jadł. Ale nie ma przy tym jego. Dzięki pracy dziadka Babcia miała skromną rentę, z której utrzymywała mnie i siebie. tato pieniądze zazwyczaj przepijał i nigdy nie miał ich za wiele. Bywało często ciężko. Nie pamiętam jednak, abym chodził głodny. Jedynie biednie ubrany. Nie było pieniędzy na nowe dobre ciuchy, wiec chodziłem często w podarowanych. Niepasujących i w ogóle do kitu.

Czas podstawówki to także czas zerwania więzi z Kościołem. Tato do Kościoła nie chodził wcale. Babcia stopniowo coraz rzadziej. A mnie się nie chciało. Coraz rzadziej zaglądałem na katechezę, coraz rzadziej trafiałem do Kościoła na mszę świętą. W końcu to zamarło. Dali mi spokój i nie zmuszali mnie. Ja nie miałem w sobie potrzeby Boga. Był dla mnie obcy. Właściwie to się nim nie interesowałem dlatego, że Go po prostu nie znałem. Coś koło 6 klasy podstawówki moje życie religijne zamarło całkowicie. O babci dodam tylko, ze często, właściwie to niemal zawsze widziałem, jak modliła się wieczorem. Czasami przeklinała przy tym swój bolesny żywot. Wiele przecierpiała.

Pisałem o rowerze. Pierwszy dziecinny rower jaki miałem w końcu po prostu rozwaliłem. Tato odkupił od kogoś używany, albo też ktoś go nam podarował. Tego już nie pamiętam. Dwa razy spawana była w nim rama, aż w końcu po prostu się cały rozpadł. Wykończyłem go dokumentnie. Potem dłuższy czas nie miałem żadnego i byłem bardzo szczęśliwy, gdy na komunię dostałem nowy rower. Podarowanie mi Pelikana było nieco chybionym pomysłem, bo zbyt szybko stał się zbyt małym rowerem dla mnie, ale przez kilka lat dał mi wiele radości i szczęścia. Ale i tak cieszyłem się, że mam rower. Bardzo go pragnąłem. Zakochałem się w rowerze. Dzięki temu podarunkowi odkryłem nowy wspaniały świat. Potrafiłem jeździć całymi godzinami. Zwiedziłem nim całą najbliższą okolicę. Zrobiłem też kilka naprawdę dalekich wycieczek. Coś koło 7 klasy przesiadłem się na tatyną Ukrainę. Wielki, 28-calowy, ciężki rower. Pelikan skończył oczywiście marnie - w końcu rozwaliłem go totalnie. Złamałem kierownice. Tak kończyły wszystkie moje rowery. Każdy po jakimś czasie stawał się nienaprawialnym wrakiem. Ale Ukrain nie opłacało się po prostu naprawiać. Wtedy, wieczorem, w dniu Komunii - omal nie zginąłem pod cofającym się samochodem. A może było to kiedy indziej? Nie pamiętam. Wiem, ze szalałem na rowerze i cieszyłem się ogromnie. Jazda na rowerze była dla mnie wytchnieniem od codziennej smutnej szarej rzeczywistości.

Od tego czasu Książka i Rower były moimi największymi Przyjaciółmi. Książki dały mi ogromną wiedzę i rozwinęły wyobraźnie. Rower był jedynym sportem, jaki uprawiałem i jaki uwielbiałem. W piłkę nigdy nie lubiłem grać, pływać nigdy się nie nauczyłem właściwie i w wodzie radzę sobie bardzo kiepsko. Wyrobił we mnie też zmysł orientacji przestrzennej. Po całym dniu jazdy w nieznanym terenie potrafiłem bez mapy i kompasu na podstawie słońca wytyczyć kierunek do domu i wrócić zupełnie inną drogą. Gdy przesiadłem się na wspomnianą Ukrainę, mój świat ogromnie się powiększył. Zaczynałem jazdy zazwyczaj już w kwietniu, gdy robiła się ładna pogoda i ciepło, a kończyłem nawet w październiku, jeśli jesień byłą złocistą i słoneczną. Nie lubiłem jeździć podczas deszczu i wiatru. To nigdy nie sprawiało mi frajdy i ograniczało bardzo wyzwania, jakie sobie stawiałem. W soboty i niedziele potrafiłem wstać o 5 rano i zniknąć z rowerem na wiele godzin wracając dopiero o zmierzchu padnięty ze zmęczenia, ale szczęśliwy z zaliczenia nowej nieznanej okolicy.

Klasa siódma była trudna. Wiele wagarowałem. Był to czas kiedy zaczął mi się sypać wzrok i musiałem zacząć nosić okulary. Był to dla mnie osobisty dramat. Nie lubiłem ich długi czas jeszcze. Ale nie mogłem się coraz bardziej bez nich obyć. Pierwsze miały -3 albo -3.5 dioptrii na każde oko. Teraz od kilku lat mam -8. W końcu moja wada wzroku się zatrzymała. Jest ona skutkiem cierpienia, jakie miało miejsce w moim życiu. Organizm po prostu nie wytrzymał i wysiadło najsłabsze ogniwo - w moim przypadku były to oczy.

Nie mogę powiedzieć, abym jakoś lubił szkołę podstawową. Na pewno nie cierpiałem stołówki, na której musiałem jeść obiady. Pomijając fakt, że byłem wybrednym niejadkiem, były po prostu zazwyczaj niesmaczne. A moja Babcia świetnie gotowała. Chodziłem, bo musiałem. Nigdy jakoś specjalnie się do nauki nie przykładałem. Zresztą przychodziła mi ona z dość dużą łatwością. Jeśli trzeba było - potrafiłem się nauczyć i już. Nikt mi nie pomagał. Musiałem sobie dawać radę sam. Byłem bardzo dobry z biologii. Nawet pomagałem innym uczniom. Pamiętam, że często z nudów czytałem sobie jakąś książkę, co wkurzało nauczycielkę. Lubiłem fizykę, ale nie specjalnie tę na lekcjach. Tak samo było z matmą. Nie cierpiałem polskiego. Nie radziłem sobie z ortografia i była ona moją zmorą. Do dziś też mam bardzo paskudny niewyraźny charakter pisma. Uwielbiałem chemię. Zgromadziłem nawet nieco sprzętu i odczynników i miałem własne małe laboratorium chemiczne gdzieś w komórce. Dokonałem masę fantastycznych mniej lub bardziej skomplikowanych doświadczeń chemicznych. Na chemii mogłem robić co chciałem. Spać, czytać, cokolwiek. Jeśli mi powtórzono pytanie - odpowiedź znałem na każde i to w stopniu daleko odbiegającym od podstawowego. Mieliśmy nową młodą nauczycielkę chemii w ósmej klasie i opiekowała się ona sklepikiem szkolnym. Wiec na chemii zajmowałem się właśnie nim. W końcu jednak jakoś ukończyłem podstawówkę. Może nie jakoś rewelacyjnie, ale i nie najgorzej. Dodać należy jeszcze, że byłem najlepszym czytelnikiem i otrzymałem kilka książek za jedno z pierwszych trzech miejsc w ilości przeczytanych książek w bibliotece. Przeważnie było to miejsce pierwsze.


Liceum

Po podstawówce poszedłem do Liceum Mechanicznego. Tak naprawdę to zdawałem do Technikum, ale nie dostałem się i przyjęli mnie do Liceum. Zdawałem egzamin poprawkowy z polskiego. O ile z literaturą nie miałem problemów, to ciężko było z częścią gramatyczną. Ale zostałem przyjęty.

Przyszedł czas na wakacje. Słów kilka może o tym, jak je spędzałem. Nigdy nie byłem nad morzem. Nigdy w górach. Nie pamiętam, ile lat miałem, jak pojechałem pierwszy raz na kolonie. Byłem na kilku. W ósmej klasie, przed rozpoczęciem liceum pojechałem na ostatnie. Do Czechosłowacji. Był to jak dotąd jedyny wypad za granicę. Jako odludek miałem problemy z odnalezieniem się na koloniach. Nie zawsze było miło. Miałem też swoje problemy, które utrudniały społeczne funkcjonowanie.

Kolejne cztery przegibane lata. Niezbyt przygotowała mnie do zawodu ta szkoła. Nie było jednak do końca tak źle. Na praktykach polubiłem tokarki i byłem w te klocki naprawdę niezły. Polubiłem też rysunek techniczny i byłem w nim nawet niezły, co potem przydało mi się na politechnice podczas mego krótkiego tam pobytu.

Czas szkoły średniej przyniósł jeszcze większą świadomość odmienności, zagubienia i nowe cierpienia. Przyniósł także nowe zainteresowania. Przyniósł nowe przyjaźnie. Jedna z nich przetrwałą do dziś. Jest nim mój przyjaciel Andrzej. Mieliśmy na siebie nawzajem spory wpływ. Dobry, twórczy wpływ. A zaczęło się dziwnie, bo zaprzyjaźniliśmy się dopiero wówczas, jak odszedł po roku z naszej szkoły i przeniósł się do ogólniaka. Zaprzyjaźniliśmy się w wakacje. Połączyło nas zamiłowanie do gier planszowych. Graliśmy w przeróżne rzeczy. Kilka też sami wymyśliliśmy. W tamtych czasach nie było jeszcze w Polsce RPG niemal wcale. On zaraził mnie psychologią, filozofią oraz muzyką elektroniczną. Ja jego komputerami.

Przygoda z filozofią poszerzyła bardzo moje horyzonty myślowe, a psychologia pomogła poradzić sobie z pewnymi problemami oraz nauczyła lepiej się uczyć oraz być bardzo twórczym i pomysłowym. Próbowałem poznając ją poskładać sobie swoje poharatane życie. Ale nie udało się. Psychologia nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów człowieka. Czasami Bóg musi uzdrowić wspomnienia, uwolnić z przeszłości, by dało się żyć w wolności. Pomaga jednak jakoś ułożyć sobie relacje z ludźmi, zrozumieć siebie, a także uczyć się. Szkoda, że współcześnie psychologia przesycona jest pseudonaukowym parapsychologicznym newagowski bełkotem. Słowem zeszła na psy ta nauka. Kiedyś trudno było o książki z psychologii nienasycone socjalistycznymi ideami, teraz trudno o zwyczajną psychologię.

Był to czas, kiedy zacząłem się interesować poezją. Przez kilka lat zgromadziłem ogromne zbiory gier planszowych i karcianych oraz kilka tysięcy najprzeróżniejszych wierszy z całego świata. Mam nadzieję, że stopniowo uda mi się tymi zbiorami podzielić z Wami na łamach tego serwisu.

Dalej >>>

Strona utworzona 15 kwietnia 2005 r.
Ostatnia aktualizacja: piątek 03 czerwca 2005 01:56:22
Created by © Adam Gabriel Grzelązka


Kontakt * Prawa Autorskie & Współpraca * Autor Serwisu & Forum * E-Mail

© 2004-2006 by Adam Gabriel Grzelązka
Serwis założono 18 VIII 2004 r.