Jakże łatwo można kogoś urazić. Ludzie są tacy delikatni: bolą ich słowa gwałtowne, nie w porę, zbyt ostre, niesprawiedliwe. Reagują nie tylko na słowa, lecz także na postawy, miny, gesty... Interpretują je jako skierowane przeciwko sobie, nieżyczliwe, złowrogie. Jakże łatwo samemu zostać urażonym - tak niewiele trzeba, aby w sercu przyjęło się ziarenko urazy, które szybko urośnie w drzewo niechęci, uprzedzenia, odepchnięcia. Nim się człowiek obejrzy, wpadnie w obsesję udowadniania swoich racji. Wśród uczynków miłosierdzia względem duszy znajduje się wskazanie "urazy chętnie darować". Mam wrażenie, że ten, kto układał listę tych uczynków, był doskonałym znawcą duszy ludzkiej. Zachęca do darowania uraz zaraz po wezwaniu do cierpliwego znoszenia krzywd. Te dwa uczynki idą ze sobą w parze. Uraza jest następstwem "razu" - ciosu. Urazić kogoś to, inaczej mówiąc, boleśnie go dotknąć; głęboko zranić jego dumę i przez to zniechęcić do siebie. Skutkiem urazy jest lęk przed tym, kto uraża, wyrażający się w izolacji od niego i nieufności (bo może dokuczyć raz jeszcze). Temu odsunięciu towarzyszy głęboka niechęć, która szybko przeradza się w nienawiść i pragnienie zemsty. Człowiek urażony boczy się, odsuwa, świadomie szuka dystansu do tej osoby, która go dotknęła, a jednocześnie nie potrafi uwolnić się od myśli o niej. Kościół wzywa do rzeczy trudnej: darować. Co więcej - to darowanie nie może być wymuszone, opieszałe. Mamy "chętnie" darować urazy. Czemu chętnie? Dlaczego ten pośpiech? By nie pozwolić, aby doznana krzywda stała się powodem rozgoryczenia i smutku duszy. Ten uczynek miłosierdzia jest nam wszystkim bardzo potrzebny, i to niejako podwójnie: jako tym, których mogą urazić inni, i jako tym, którzy potrafią sprawić przykrość bliźniemu. Z umiejętnością darowania uraz, podobnie jak z umiejętnością przebaczania winowajcom, żyje się naprawdę łatwiej. Darując, sprawiamy, że szybciej goją się duchowe rany, a my nie tracimy pokoju ducha. Co więcej - nie zamykamy nikomu drogi do naszego serca, naszej przyjaźni czy ludzkiej życzliwości. Trzeba ćwiczyć się w pełnieniu tego uczynku miłosierdzia. Oszczędzi on nam samym wielu przykrości i duchowych cierpień. Ale - co najważniejsze - może pomóc nam pozyskać tych, którzy świadomie lub bezwiednie nas urazili. A przecież właśnie o to chodzi. Tego uczy nas Chrystus - abyśmy nie zamykali się w kręgu doznanych przykrości i krzywd, nie izolowali się od bliźnich, którzy sprawili nam ból, lecz uczyli ich, że prawdziwy sens nadaje życiu tylko miłość. Nawet tak trudna, jak miłosierdzie wobec winowajców. Wzorem jest dla nas sam Chrystus, który nie chował uraz do nikogo. Nie obrażał się na ludzi, którzy nie zawsze Go rozumieli i postępowali uczciwie wobec Niego. Jego miłość była silniejsza od poczucia krzywdy. Jezus potrafił zapanować nad naturalnym odruchem szukania i udowadniania "swej prawdy" za wszelką cenę. On wiedział, że prawda obroni się sama, a łagodność i cierpliwość potrafią utorować jej drogę do najbardziej opornych ludzkich serc. ks. Zbigniew Sobolewski