Niechby to największe wezwanie Ojca Świętego wypowiedziane do nas w Łagiewnikach - bądźcie świadkami, bądźcie apostołami Miłosierdzia Bożego - stało się dla każdego z nas osobistym zadaniem, które podejmie w swym codziennym życiu Fot. M. Borawski
Z JE księdzem arcybiskupem Stanisławem Szymeckim z Białegostoku rozmawia Sławomir Jagodziński
Mija 25 lat od dramatycznych wydarzeń związanych z zamachem na życie Ojca Świętego Jana Pawła II. Ekscelencja był wówczas w Watykanie. Jak wspomina Ksiądz Arcybiskup dzień 13 maja 1981 roku? - Pamiętam bardzo dobrze ten dzień. W tym czasie byłem właśnie w Rzymie. Było to niedługo, bo zaledwie miesiąc po moich święceniach biskupich, których udzielił mi Ojciec Święty Jan Paweł II 12 kwietnia w Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie. Do Wiecznego Miasta przybyłem z Polski ponownie - razem z ks. bp. Stanisławem Smoleńskim z Krakowa - z okazji międzynarodowego kongresu powołań duchownych. I tego dnia, 13 maja, byliśmy na obradach w sali synodalnej, tuż przy placu św. Piotra.
Kiedy Ekscelencja dowiedział się o strzałach, które ugodziły Papieża? - Nagle wtargnął na salę naszych obrad brat Marian, Polak, który pracował w Papieskim Kolegium Polskim (to on właśnie zawiózł ks. kard. Karola Wojtyłę samochodem na konklawe, z którego metropolita krakowski wyszedł już jako Papież). Zaczął on wołać, krzyczeć: Papież nie żyje, zamach, Papież zabity... W tej chwili wszyscy zerwali się z miejsc. Od razu przerwaliśmy obrady i udaliśmy się szybko na plac św. Piotra. Ojca Świętego już tam nie zastaliśmy. Był w drodze do szpitala.
Jaka była reakcja ludzi obecnych na placu św. Piotra? - Widok, którego byłem świadkiem na placu św. Piotra, to obraz jakiegoś zupełnego zamieszania. Ludzie chodzili po placu, jak zobaczyli osobę duchowną, biskupa, to pytali: co z Papieżem, gdzie on jest, czy żyje? Niektórzy mieli odbiorniki radiowe, przykładali je do ucha, żeby czegokolwiek się dowiedzieć, zdobyć jakąś wiadomości o Ojcu Świętym. My sami nie wiedzieliśmy, co się w tym momencie dzieje z Janem Pawłem II, a ludzie pytali... Obraz placu św. Piotra po zamachu przywoływał na myśl zdanie proroka Zachariasza: "Uderzą w pasterza, a owce się rozproszą". To rzeczywiście tak wyglądało, wszyscy bali się, że Pasterz nie żyje, ale też mieli nadzieję, że ocalał. Było to wielkie rozproszenie, ludzie chodzili po placu jak nieprzytomni. Jednak bardzo szybko znalazł się obraz Matki Bożej. Pielgrzymi, uczestnicy tej audiencji na placu św. Piotra, postawili ten wizerunek na fotelu, tam gdzie Papież miał przewodniczyć spotkaniu. Wszyscy zaczęli się modlić, a przede wszystkim Polacy, to był obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Modlili się za Jej pośrednictwem o uratowanie Ojca Świętego. I jak tylko dotarła pierwsza wiadomość, że Papież żyje, że jest już w szpitalu w rękach lekarzy, że trwa operacja, to wtedy jakaś otucha wstąpiła w serca. Po jakimś czasie pojechaliśmy do szpitala, gdzie był Jan Paweł II. Oczywiście, nigdzie nas nie wpuszczono, ale byliśmy przy drzwiach, patrzyliśmy na te okna i bardzo modliliśmy się o ocalenie Papieża. Ten dzień - 13 maja, to było dla mnie wielkie przeżycie, którego nie zapomnę. Ale jak sądzę, to było także wielkie przeżycie dla całej rzeszy wiernych, którzy przybyli na audiencję, na spotkanie z Ojcem Świętym. Dla wszystkich, którzy byli świadkami tych wydarzeń...
Nasuwa się refleksja, że tak jak zło poprzez zamachowca uderzyło w Papieża i wierni się rozproszyli, tak w pewnym momencie zaczęła ich z powrotem łączyć modlitwa, która umacniała nadzieję... - Tak. Pewna rozpacz bezpośrednio po takim wydarzeniu jest w jakiś sposób wytłumaczalna. Rzeczywiście, przez jakiś czas trwało rozproszenie, ludzie chodzili po placu, szukali informacji, dopytywali się... Ale jak zaczęła się modlitwa, to od razu odrodziła się nadzieja, że Papież będzie uratowany, że przeżyje, że będzie dobrze.
Ojciec Święty został ugodzony kulą zamachowca w dniu, kiedy wypadała kolejna rocznica objawień Matki Bożej w Fatimie. Nie miał potem wątpliwości, że to Ona ocaliła mu życie. Czy ciągle nie za mało przypomina się te okoliczności? Czy nie za mało zwraca się uwagę na przesłanie, jakie Matka Boża przekazała ludzkości w Fatimie - przesłanie o potrzebie nawrócenia, pokuty, wynagradzania Bogu za grzechy? Czyż to nie ratunek dla świata zranionego agresywną propagandą, życia tak, jakby Boga nie było? - Ojciec Święty bardzo szybko powiązał to wydarzenie z Matką Bożą Fatimską, wszak dzień zamachu to właśnie dzień fatimski - 13 maja. Pamiętamy, że Jan Paweł II po roku pojechał do Fatimy, żeby podziękować za ocalenie. Matce Bożej Fatimskiej zawdzięczał to, że żyje i Jej wyrażał swą wdzięczność za ratunek. Jednak o tym orędziu, które się wiąże z objawieniami Matki Bożej w Fatimie, jak pan redaktor słusznie mówi, za mało pamiętamy. Świat jest dzisiaj taki, że nie tylko żyje tak, jakby Boga nie było, ale gorzej. Świat dzisiejszy, może i niektórzy ludzie nazywający się chrześcijanami, mają taką filozofię (bo trudno to nazwać teologią), że uznają prawdę o istnieniu Boga, ale uważają, że nie ma On prawa ingerować w życie człowieka. Człowiek jest wolny, człowiek jest samodzielny, Pan Bóg nie ma do niego prawa - tak w praktyce wielu zaczyna sądzić. Ojciec Święty Jan Paweł II często powtarzał i przestrzegał, także w czasie pielgrzymek do Polski, że ludzie nierzadko żyją, jakby Boga nie było. Niestety, także ochrzczeni potrafią odmawiać Bogu prawa do ingerencji w swoje życie... Inny problem, który towarzyszy dzisiaj ludziom, to utrata poczucia winy, grzechu. To też Ojciec Święty niejednokrotnie podkreślał. Człowiek czyni zło i nie czuje się winnym, nie wie, co to jest grzech. Taką filozofię szerzą niektórzy fałszywi prorocy, nawet w Polsce. Taka postawa to klęska, ona oddala Boga od naszego życia. Dlatego też myślę, że powrót do orędzia fatimskiego jest wciąż aktualny. Matka Bożka nadal prosi o nawrócenie i pokutę. Przecież Ojciec Święty tak serdecznie był oddany sprawie fatimskiej. Zachęcam, żeby ciągle do tego orędzia wracać.
Od 13 maja 1981 r. pontyfikat Ojca Świętego w sposób szczególny połączony został z cierpieniem. Wyjątkowe świadectwo przeżywania starości, choroby Jan Paweł II dał w ostatnich tygodniach przed odejściem do domu Ojca. Jakie to ma znaczenie dla współczesnego człowieka, który często nie dopuszcza do siebie refleksji o rzeczach ostatecznych? Daje się raczej uwodzić fałszywej wizji życia zawsze pięknego, zdrowego, "skazanego na sukces", szczególnie materialny, życia jak z reklamy... - Panie redaktorze, zapominanie o rzeczach ostatecznych to jest wielki, wielki problem dla naszych czasów, a szczególnie dla chrześcijan. Papież podczas swego pontyfikatu przypominał, że nadejdzie chwila jego odejścia do Ojca. Zwłaszcza pod koniec życia dał wyraz temu, że jest gotowy do tej ostatniej podróży - szczególnie kiedy cierpienie się wzmagało. Trzeba powiedzieć, że w człowieku jest ogromna, dynamiczna siła wewnętrzna, która każe żyć. Wola życia jest czymś wrodzonym, mocno złączonym z egzystencją ludzką. Jednak człowiek, ciesząc się życiem, często nie ma czasu myśleć - albo nie chce pamiętać - o tym, że ostatecznie jego droga jest drogą do śmierci. Przypominam sobie młode lata wśród młodzieży. Myśmy często powtarzali takie francuskie zdanie: "La vie est belle" - "Życie jest piękne". Wszak filozofia życia jest bardzo piękna, filozofia życia jest porywająca, kto by nie chciał żyć, kto by nie chciał układać sobie pięknego życia... Jednak nie można zapominać o teologii śmierci. Psalm mówi: "Drogocenna jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli". Nasza ziemska droga jest drogą do śmierci. Chrześcijanin nie może usadawiać się w tym świecie tak, jakby tu miał być na zawsze. Takie pojmowanie życia byłoby po prostu zaprzeczeniem nadziei. Teologia rzeczywistości ziemskiej jest piękna, ale żadną miarą nie jest ona teologią nadziei w pełnym znaczeniu tego słowa. Chrześcijanin musi mieć taką mentalność: stać na posterunku, jak długo trzeba, i odejść, gdy przychodzi na to czas. To tak jak żołnierz, który spełnił swój obowiązek i odchodzi. Piękne świadectwo i życia, i umierania dał nam właśnie Jan Paweł II. Czasem, gdy zapowiadał mi się ciężki dzień, to lubiłem sobie rano powiedzieć: no, dziś też będzie wieczór. I nieomylnie codziennie jest wieczór. Wówczas, u schyłku dnia, gdy człowiek zrzuca z siebie ciężar pracy i kłopotów, to uświadamia sobie, że zrobił kolejny krok ku wieczności... Pamiętam kamedułę o. Piotra Rostworowskiego z Bielan w Krakowie. Kiedyś jeździliśmy do niego na dni skupienia. Lubił on nam powtarzać: księża, spieszcie się robić coś dobrego, bo już zaraz trzeba będzie odchodzić. To prawda, trzeba już, już odchodzić... Powinniśmy wpatrywać się w świadectwo Jana Pawła II, zgłębiać jego duchowość i nauczanie. Nie tyle trzeba się starać o to, żeby dodawać dni do naszego życia, ile trzeba się starać o to, by dodawać życia do każdego dnia. Przecież to jest taka piękna postawa. Oby każdy nasz dzień był pełen życia, ale z tą świadomością, że ono prowadzi do celu, którym jest nasze zbawienie, którym jest wieczność.
Czy reakcję wiernych po zamachu na życie Ojca Świętego można w jakiś sposób porównać z tym wielkim poruszeniem, jakie w Polsce i w całym świecie wywołało w ubiegłym roku narodzenie się dla nieba Jana Pawła II? - Zamach z 13 maja 1981 roku stanowił wielkie zaskoczenie, nikt na to nie był przygotowany. Wszyscy na początku myśleli, że Ojciec Święty już nie żyje, że wszystko się skończyło. Była też ta chwila strasznego przygnębienia. Zupełnie nikt nie był na to przygotowany. Wydarzenia związane ze śmiercią Jana Pawła II to przeżycie zupełnie inne. Przede wszystkim nie było takiego zaskoczenia, mimo że zapanowało pewne przygnębienie. Ludzie śledzili z dnia na dzień jak Papież powoli odchodzi do domu Ojca. To sprawiało, że wydarzenia te były zupełnie inaczej przeżywane. Nie można tego porównywać z zamachem na placu św. Piotra. Tam było wielkie zaskoczenie, tu powolne, świadome i piękne odejście, ze świadectwem woli życia do końca. Oczywiście przed 25 laty na placu św. Piotra była ofiara z życia, był ogrom cierpienia Ojca Świętego, i to świadectwo nie mogło nie wpłynąć na wiernych. Jednak trudno to porównywać z wydarzeniami z poprzedniego roku. Papież dał świadectwo całemu światu, jak należy nieść swoje cierpienie i jak trzeba z nadzieją odchodzić... To była ostateczna ofiara z życia, ofiara z dnia na dzień, z godziny na godzinę - to było coś niesamowitego.
Ksiądz Arcybiskup na łamach "Naszego Dziennika" przed pięcioma laty określił Jana Pawła II jako człowieka, który "za życia jest świętym, za życia męczennikiem, za życia składającym ofiarę". Jakie wyzwania stawia przed nami świętość tego naszego wielkiego Rodaka, która - jak wierzymy - niebawem zostanie oficjalnie potwierdzona przez Kościół. Wszak życie świętych to dar dla Narodu, dla świata, ale też konkretne przesłanie... - Tak, Ojciec Święty całe życie składał ofiarę z siebie samego. Jego intensywna praca, jego pielgrzymowanie po całej ziemi, spotkania z ludźmi na wszystkich kontynentach były ciągłą ofiarą. Były też wezwaniem, aby świat odnalazł swoje właściwe drogi, odnalazł świętość. Wierzymy, że Ojciec Święty będzie wyniesiony na ołtarze. Cieszymy się z tego. Jednocześnie musimy mieć świadomość, że wyniesienie Ojca Świętego na ołtarze jest wezwaniem dla wszystkich, a może dla nas, Polaków, najbardziej, abyśmy i my stawali się święci. Życie Ojca Świętego, to wszystko, czego dokonał, jest darem Pana Boga dla naszego Narodu, dla świata. My, Polacy, jesteśmy dumni, że mieliśmy takiego Rodaka, że takiego Rodaka nadal mamy w niebie i że on nam towarzyszy. Otrzymaliśmy piękny dar, ale nigdy nie można zapominać, że taki dar to równocześnie zadanie! Czy my, Polacy, o tym pamiętamy? Cieszymy się, że daliśmy Ojca Świętego światu, chlubimy się tym, ale czy wystarczająco zabiegamy o to, aby upodabniać się do Jana Pawła II, aby dokonywać czegoś pięknego w naszym życiu, aby się nawracać, aby stawać się na różne sposoby apostołami Chrystusa? Niechby na przykład to największe wezwanie Ojca Świętego wypowiedziane do nas w Łagiewnikach - bądźcie świadkami, bądźcie apostołami Miłosierdzia Bożego - stało się dla każdego z nas osobistym zadaniem, które podejmiemy w swym codziennym życiu. Powinniśmy nieustannie odnajdywać to przesłanie, które Papież nam głosił na wszystkich stacjach swego pielgrzymowania po ziemi. To dar i zadanie - chlubimy się darem, nie możemy zapominać o wezwaniach.