Dzieci ulicy, od Rio de Janeiro po Sankt Petersburg, to niewątpliwie hańba XXI wieku. W Rosji mieszkają, podobnie jak w Polsce dorośli bezdomni - tam, gdzie się da znaleźć osłonięty od zimna kąt: w opuszczonych piwnicach, kanałach, na dworcach, na strychach... Jedzą, co się da. Kogo obchodzi, co się z nimi stanie, kim będą w przyszłości? Kto i jak troszczy się o tę część teraźniejszości i przyszłości Rosji? Osoby, które chcą poważnie podjąć ten wielki problem społeczny, starają się najpierw uzyskać bardzo konkretne odpowiedzi na dwa proste pytania: skąd się biorą dzieci ulicy oraz co można dla nich zrobić. Odpowiedzi na pierwsze z tych pytań są w różnych miejscach na świecie tylko częściowo podobne. W dzisiejszej Rosji jest to zjawisko dość złożone, wielopłaszczyznowe i niejednoznacznie oceniane. Ludzie szczerze zaangażowani mówią najczęściej, że "jest to rana w sercu Rosji". Nie tyle chcą uzgadniać z innymi pogląd na temat przyczyn, ile szukają odpowiedzi na drugie pytanie: co można dla nich zrobić? Dane statystyczne pokazują, że w większości są to dzieci z rodzin, w których rodzice stale nadużywają alkoholu, są pozbawieni pracy, a często również pomocy państwa. Bo pomocą nie można nazwać 130 rubli (16 zł), które wypłaca się miesięcznie jako zasiłek na każde dziecko w wieku szkolnym. Są zresztą regiony, gdzie nawet tego mizernego grosza rodzice nie otrzymują.
Ofiary starej i nowej rzeczywistości Gdyby nie było Związku Sowieckiego wraz z jego systemem wychowywania "człowieka sowieckiego", po jego upadku nie byłoby tak szerokiego społecznie zjawiska ludzi, którzy w nowych warunkach nie potrafią sobie poradzić. Gdyby w komunizmie nie zdegradowano społecznej rangi rodziny, dzisiejsza Rosja nie przeżywałaby ogromnych trudności z wychowaniem dzieci i młodzieży. Problem dzieci ulicy pojawił się w Rosji wraz z pierestrojką. Najpierw było to potomstwo uchodźców z Azerbejdżanu, Armenii i innych byłych republik sowieckich. Nagłe przejście z systemu politycznego na kapitalistyczny, zmiana ideologii, płynąca z tego destabilizacja światopoglądowa i inne przemiany w społeczeństwie doprowadziły do dezorientacji wielu Rosjan. System strachu, który trzymał społeczeństwo w pewnych ryzach, odszedł w przeszłość. Powstała próżnia dezorientująca dorosłe pokolenia. Kryzys ekonomiczny, którego konsekwencją było zamknięcie wielu organizacji, przedsiębiorstw, fabryk, spowodował, że tysiące ludzi pozbawionych pracy znalazło się na bruku. Przy czym rząd nie zdołał zaproponować im innego zajęcia. A w sytuacji utraty stabilności wielu nie umiało znaleźć nowej profesji... Stłamszony i okaleczony moralnie człowiek nie potrafił w wielu przypadkach stawić czoła nowej sytuacji.
Wcześniej było inaczej... - Gdy ludzie nie mają pracy, nie mają co robić, zbierają się ze znajomymi, by porozmawiać o problemach, pocieszają się, że będzie lepiej. Ale gdy nic się nie zmienia i nie mają co jeść, zaczynają pić - mówi Polina Aleksejewna (46 lat), urzędnik państwowy. - Widziałam wymarłe całe wsie, bo ich mieszkańcy albo wyjechali do miast, albo się rozpili - ciągnie ze smutkiem w głosie. - Organizacje dla dzieci i młodzieży, w których spędzały one wcześniej cały dzień, zostały zamknięte. Co tu dużo mówić, wcześniej poświęcano uwagę młodemu pokoleniu, były kluby podwórkowe, w których pedagodzy do wieczora pracowali z dziećmi. Prawie wszystko było bezpłatne. Były sekcje sportowe, kółka: teatralne, przyrodnicze, geograficzne, artystyczne, sekcje dziecięce, młodzieżowe, szkoły muzyczne - za symboliczną opłatą. Dzieci z przyjemnością biegały na różne zajęcia - wspomina z nostalgią. Zestawia to z obecną sytuacją: - Teraz pozostały w większości płatne organizacje, na które zbyt wielu rodzin nie stać; znikoma jest liczba bezpłatnych. A ten, kto nie ma pracy i chleba, nie może wysłać swoich dzieci na płatne zajęcia. W ogóle nie myśli się o dzieciach, chce się jak najszybciej zapomnieć o problemach - wiadomo jak.
Dlaczego uciekają? A co przeżywają dzieci w domach, w których rodzice nie mają pracy? Wstydzą się rówieśników, którym się lepiej powiodło. Są smutne i ukrywają swoją domową tragedię na wszelkie sposoby, czasami maskują ją agresją. Czują się winne zaistniałej sytuacji, bo rodzice dają im odczuć, że stały się dla nich ciężarem, gdyż nie mają co im dać do jedzenia. Dopóki są tylko straszone, bite przez pijanych rodziców, przez ojczyma czy macochę, pozostają w domu. Ale gdy zaczyna się molestowanie, a czasami i zmuszanie do kradzieży lub żebrania, wiele dzieci nie wytrzymuje. Buntują się. Uciekają z domu, bo nie ma w nim dla nich miejsca. Nie wiedzą za bardzo, dokąd iść. Na wsi lub w niewielkich miasteczkach uciekają początkowo do sąsiadów, do dalszej rodziny, jeśli ta zechce je przyjąć. Często jednak nie jest to możliwe, bo pijący i nierzadko nadużywający narkotyków rodzice przychodzą po dzieci. Te uciekają więc dalej, do większych miast, gdzie łatwiej jest się ukryć. Zaczyna się "zabawa" w chowanego. Później "zabawa" przekształca się w zależność od ulicy, od układów, które panują między dziećmi. Czasami nastolatkom wydaje się, że nie ma już powrotu, bo w domu nikt na nich nie czeka. I tylko niektórzy próbują raz jeszcze zaufać dorosłym, trafiają do przytułków, domów dziecka. Są przypadki, że udaje im się wrócić do normalnego życia.
Państwo to za mało Ludzie w Rosji przywykli spodziewać się niemal wszystkiego od państwa. Jest to zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę, że w latach komunizmu zostało ono dokładnie wyjałowione z normalnych, zdrowych organizacji pozarządowych, dzięki którym byłoby zdolne do wdrożenia zasady pomocniczości. Dlatego dzisiejszej Rosji nie można oceniać, a zwłaszcza osądzać, tak jak innych krajów. Byłoby to intelektualnie błędne, a moralnie niesprawiedliwe. Dlatego ważny jest przede wszystkim prawdziwy opis stanu rzeczy. Pierwszy dekret prezydenta Putina dotyczył walki z włóczęgostwem dzieci. Rozpoczęto masowe obławy na dzieci ulicy w miejscach ich gromadzenia się, najczęściej na stacjach kolejowych. Rozwożono je później na specjalne oddziały szpitalne, zamienione w izby przyjęć. I chociaż część dzieci udało się umieścić w specjalnych organizacjach rządowych, na reakcję nieletnich uciekinierów nie trzeba było długo czekać. Zaczęły się chować przed policją w piwnicach, śmietnikach i innych miejscach, tak że teraz jest im znacznie trudniej pomóc. Niełatwo je znaleźć, są nieufne. Te, które były w izbach przyjęć, w przytułkach, domach dziecka i stamtąd uciekły, znowu znalazły się na ulicy. Organizacje rządowe są często bezradne. Sytuacja wymyka się spod kontroli państwa, bo program działania władz jest niedostatecznie finansowany i przysłaniają go sprawy większej - dla władz - rangi politycznej. A dzieci? Dzieci potrzebują ciepła, troski, indywidualnego podejścia do każdego z nich.
Nadzieja w organizacjach i wolontariuszach Wie o tym Wiera Wiktorowna Żurawliowa prowadząca od 1997 roku dzienny przytułek (bez noclegu) Tęcza Nadziei dla dzieci z ulic Petersburga. Codziennie przychodzi tu około 20 nastolatków. Indywidualną historię każdego z nich zna w drobnych szczegółach. Niedawno na święta przyszło 35 nastolatków, a kiedyś było ich nawet 50 - łącznie z kolegami przyprowadzonymi przez dzieci przychodzące stale do przytułku. Praca w nim różni się od innych pozarządowych organizacji, głównie Caritas i Czerwonego Krzyża, nie tylko dlatego że Tęcza Nadziei powstała z osobistej inicjatywy Wiery Żurawliowej. W ciągu kilku lat zostały nawiązane kontakty z organizacjami rządowymi (Komisją do spraw Niepełnoletnich i Obrony ich Praw, z Organem Opieki - oddziałem o charakterze profilaktycznym w dzielnicy Moskiewskiej Petersburga, z komitetem miasta ds. socjalnej ochrony mieszkańców). Dobrze rozwija się współpraca ze szkołą podstawową nr 359, placówkami publicznymi (np. teatrem, basenem pływackim) i ludźmi dobrej woli. Dzieci, które przychodzą do Tęczy Nadziei i mają trudności z nauką (często z powodu swej agresywności), w ciągu dnia uczą się w przytułku z nauczycielami. Wieczorem mają zajęcia w kółkach tematycznych (szycie, wyszywanie, rysowanie, stolarka). Na noc wracają do domów. Pod koniec roku szkolnego zdają w szkole nr 359 egzaminy i są promowane do następnej klasy. Tego typu współpracę ze szkołą prowadzi w Petersburgu tylko przytułek Tęcza Nadziei. Do niedawna raz w tygodniu odbywały się zebrania rodziców, które miały na celu zbliżenie ich z dziećmi. Budowane zaufanie zaczęło przynosić owoce. Raz w miesiącu rodzice przychodzą na cały dzień do przytułku, opowiadają o swoich problemach, zwykle bardzo prozaicznych: trzeba leczyć zęby, zapłacić za mieszkanie... Razem z pracownikami często znajdują wyjście z sytuacji. Wiera Żurawliowa marzy o większym pomieszczeniu dla wychowanków, o pracowni garażu, w którym chłopcy mogliby uczyć się naprawy samochodów. Wierzy, że znajdą się rodzime organizacje, które finansowo pomogą dzieciom.
Zmienić muszą się ludzie Nie ma wątpliwości, że dzieci ulicy to rana w sercu Rosji i każdego państwa, gdzie występuje taki problem. Potrzebne jest systematyczne leczenie tej rany. Inessa (27 lat), pracownik uniwersytecki, ujęła to tak: "W chwili obecnej nie możemy zmienić społeczeństwa, nie możemy zmienić rodziców, którzy piją, nie możemy zmienić sytuacji kryzysowej, w której się znajdujemy. Za to możemy zmienić politykę państwa w stosunku do szkół, sportu, samej rodziny i wielu innych sfer życia społecznego (przy tym podjąć skuteczniejszą walkę z pijaństwem), połączonych z życiem tej najmniejszej komórki społecznej". Leczenie organizmu społecznego trzeba przyspieszyć. I nie dotyczy to tylko Rosji. Teresa Pudłowska